07.04.2015

Bóg na ławie oskarżonych - C.S. Lewis




Tytuł: Bóg na ławie oskarżonych
Autor: C. S. Lewis
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax
Rok wydania: 1985
Stron: 122




Tak szczerze mówiąc, to od lat kojarzyłem pana Lewisa tylko z Opowieściami z Narnii, których raczej nie trawię, a na omawianą książkę trafiłem zupełnie przypadkowo. Dowiedziałem się wtedy, że C.S.L. napisał też trochę prac z zakresu apologetyki chrześcijańskiej. 
Pomyślałem wtedy, że warto sprawdzić co on tam wymodził, gdyż bardzo lubię obrońców wiary i ich pokrętną logikę. Można się albo pośmiać, albo dowiedzieć czegoś nowego. Tak czy inaczej - profit. 

Książeczka długa nie jest i stanowi zbiór trzynastu tekstów, w których C.S. Lewis podejmuje się „obrony ortodoksyjnego chrześcijaństwa – zwłaszcza nadprzyrodzonych elementów wiary”. Tak możemy przeczytać we wstępie.

Nie do końca wiem komu by się to teraz miało przydać, bo ani te teksty na czasie, ani super proste dla zwykłego zjadacza chleba, ani też jakieś wybitne dla teologa czy nawiedzonego obrońcy wiary. Ot taki tam zbiór esejów, w których treść właściwa to max 20%, a reszta to bełkot gorszy niż u menela na Centralnym.

Na upartego można tę książkę polecić komuś z luźnym podejściem, żeby sam sobie mógł w spokoju porozważać zawarte w niej treści i porównać poglądy Lewisa ze swoimi. Fajerwerków nie należy się jednak spodziewać. 
Jeśli zaś komuś temat jest obojętny to tylko zmarnuje czas.

Ode mnie za formę ocena 4/10, a za treść powiedzmy 2/10, bo jest strasznie słabo.


Ale po kolei...
We wstępie możemy przeczytać, że Lewis w młodości był ogarniętym ateistą, a dopiero potem coś mu się pojebało w szabaśniku i się nawrócił. Oczywiście nie na byle jaką wiarę, ale na tę jedyną, najwłaściwszą. 
"...historia Chrystusa jest po prostu prawdziwym mitem: mitem oddziałującym na nas w ten sam sposób co pozostałe, lecz z tą kolosalną różnicą, że on wydarzył się naprawdę".

No mnie to jakoś nie przekonuje…
Autor przedmowy (W. Hooper) pisze też, że "wszystkie szkice w tej książce miały na celu obronę ortodoksyjnego chrześcijaństwa - zwłaszcza nadprzyrodzonych elementów Wiary". Mówiąc prościej - już przedmowa daje nam do zrozumienia, że będzie ciekawie.


Rozdział pierwszy nosi nazwę "Cudy".

Rozdziałów jest 13, więc raczej nie ma sensu się rozpisywać, bo w sumie to trzeba by się odnieść do każdego akapitu, a większość tej książki to i tak bełkot przeplatany farmazonem, na który szkoda czasu.
Powiem tylko ogólnie na co można tu trafić. 

W "Cudach" C.S.L. mówi o nastawieniu do doświadczania rzeczy nadprzyrodzonych. Najprościej rzecz ujmując twierdzi on, że jeśli nie wierzysz w świat duchowy, to nawet jak Zeus zza krzaka wyskoczy i cię kopnie w dupę to i tak będziesz sobie szukał jakiegoś logicznego wyjaśnienia. 
Potem zaś strzela sobie w stopę, bo pisze, że "nic nie jest nienormalne, dopóki nie zrozumiemy, co jest normą". Tu w zasadzie mnie wyręcza, bo dokładnie tym stwierdzeniem można dopiec każdemu, kto wmawia innym, że zdarzył się "cud". Od tego miejsca rozdział można sobie odpuścić, bo potem jest tylko o tym, że (oczywiście trochę upraszczam i będę to robił jeszcze wiele razy) jak chcesz widzieć duchy to musisz zacząć wierzyć w duchy.
A jak już się zbierze cały tłum ludzi, z umysłami tak otwartymi na cuda, że wszystko inne dawno temu wyfrunęło, to jakże można wątpić w to co widzieli... No cud jak nic i nie ma, że boli.
W sumie całkiem śmieszny rozdział.
Podrzucam cytaty - ku wesołości ogólnej:

"Bóg stwarza winorośl i uczy ją, by przez korzenie wciągała wodę do góry i żeby przy pomocy słońca zamieniała wodę w sok, który sfermentuje i nabierze określonych jakości. W ten sposób co roku od czasów Noego po dziś dzień Bóg zamienia wodę w wino. (...) Lecz kiedy Chrystus w Kanie przemienia wodę w wino, zdejmuje zasłonę z całego tego procesu". 

"...jeżeli ktoś określiłby działania Boże sprawiające brzemienność Maryi jako cudzołóstwo, to w tym sensie Bóg popełniałby cudzołóstwo z każdą kobietą, która kiedykolwiek miała dziecko. To bowiem, co uczynił raz bez ludzkiego ojca, czyni zawsze, nawet wtedy, kiedy używa ludzkiego ojca jako swojego narzędzia. Ludzki ojciec w normalnym poczęciu jest tylko nosicielem, czasem niechętnym nosicielem, zawsze ostatnim w długim szeregu nosicieli życia, które pochodzi od najwyższego życia".

Fragment o niechętnym nosicielu mnie zaintrygował (zaraz po tym jak mnie zezłościł i rozbawił jednocześnie). Na jego podstawie można sobie bowiem wykoncypować, że np. gwałciciel to taki pan, co wcale nie chce zgwałcić kobiety, nie. On jest - wiedziony ręką Boga... ;)

W rozdziale tym jest jeszcze sporo przykładów, które przeczą temu co autor pisał na początku - na zasadzie: nie wiemy jeszcze jak to działa, a zatem Bóg. A jak już się dowiemy jak to działa, to zapewne wymyślił to Bóg.
Dowodów na jego istnienie - wciąż brak.

Szkoda gadać…
Idziemy dalej.


Rozdział drugi, czyli "Dogmat a wszechświat".

Początek rozdziału mówi o tym, że ludzie zarzucają chrześcijaństwu, że jego dogmaty są niezmienne, a ludzka wiedza stale się rozwija. W efekcie ludzkość idzie naprzód, religia zaś skupia się na wpasowywaniu coraz to nowszej wiedzy w wąskie ramy swoich dogmatów. I tu też można by skończyć, bo wszystko, co jest dalej ogranicza się do kulawej polemiki.
Ale dobra. Przelećmy to tak pokrótce. 
Najpierw jest o tym, że autora nie przekonuje argument nieskończenie małej Ziemi. Bo niby czemu fakt, że takich planet jak nasza jest we wszechświecie przeogromna ilość miałby jakoś wpływać na istnienie Boga...
Szczerze mówiąc to chyba jestem jakiś głupi, bo nie ogarniam jego dziwnego argumentowania.
Przykładowo: 

"...jeżeli powołujemy się na ogromne rozmiary przestrzeni i małe rozmiary Ziemi po to, by zaprzeczyć istnieniu Boga, powinniśmy mieć jasny obraz tego, jakiego rodzaju wszechświata moglibyśmy oczekiwać, gdyby Bóg rzeczywiście istniał".


A dalej: 
"Gdybyśmy w tej nieskończonej przestrzeni nie odkryli żadnych obiektów poza tymi, z których korzysta człowiek (Słońce i Księżyc), to ta ogromna pustka służyłaby oczywiście jako mocny argument przeciwko istnieniu Boga". 

Call me crazy, ale moim skromnym zdaniem jest odwrotnie. Gdyby w całym wszechświecie, który jest przeogromny, latało sobie tylko Słońce, Ziemia i Księżyc, to uważam, że byłoby to coś, co dosyć mocno wskazywałoby na istnienie Boga (a dokładniej - na wyjątkowość naszej planety). Ale jest inaczej. Wszechświat jest wypchany różnymi osobliwościami, a jeśli popatrzeć na najczęściej występujące w nim pierwiastki  (wodór, hel, tlen, węgiel i azot) i to z czego składamy się my sami (w głównej mierze: woda (czyli tlen i wodór), węgiel i azot) to można dojść do wniosku, że takich istot, które zbudowane są ze śmieci walających się po kosmosie jest prawdopodobnie bardzo, bardzo wiele.  
A w ramach ciekawostki napiszę wam co, zdaniem autora, może być przyczyną powstania życia. Jedno słowo, trzy litery, pierwsza to "b", a ostatnia to "g".


Rozdział trzeci – „Mit stał się faktem”.

Autor przytacza zarzut jednego ze swoich przyjaciół, który mówi, że nikt w zasadzie chrześcijaninem nie jest, bo historyczne chrześcijaństwo to barbarzyństwo, a współcześni ludzie, którzy twierdzą, że są chrześcijanami - w rzeczywistości opierają się na nowoczesnym systemie myślowym. Zostawiają sobie słownictwo, rytuały itp., ale stopniowo zarzucają podstawowe doktryny. Trochę jak z monarchią w Anglii.
Lewis twierdzi, że tak się nie dzieje, a nawet gdyby tak było, to należałoby wyjaśnić dlaczego ludzie po prostu nie odchodzą od religii.
Ano po pierwsze to faktycznie ludzie coraz bardziej wybiórczo podchodzą do pakietu, oferowanego im przez ich religię. Po drugie – mam wrażenie, że coraz więcej ludzi odrzuca religię zupełnie, a ci, którzy przy niej zostają - robią to głównie z tego względu, że mocno wrosła ona w kulturę i wciskana jest ludziom od najmłodszych lat, przez co staje się elementem ich tożsamości, a z tym zaś trudno jest walczyć. No i nie każdemu się chce.

Kawałek dalej Corineus - przyjaciel Lewisa stwierdza, że "wszystko byłoby dużo łatwiejsze, gdyby uwolnić myśl od tej szczątkowej mitologii"
Na to autor odpowiada - "Niewątpliwie. Życie byłoby mniej skomplikowane dla matki ułomnego dziecka, jeżeli oddałaby je do jakiegoś zakładu i zaadoptowała cudze, zdrowe dziecko. Życie byłoby dużo łatwiejsze dla niejednego mężczyzny, gdyby porzucił kobietę, w której się właśnie zakochał, a ożenił się z inną, bardziej odpowiednią".

Szanowni Państwo – C.S. Lewis ma nas za idiotów. Jego zdaniem bez boga i dziesięciu przykazań bylibyśmy stadem małp, rzucających w siebie gównem.

"Zakładając, że doktryny historycznego chrześcijaństwa są jedynie mitem, to mit właśnie stanowi ten życiodajny i ożywczy element w całej sprawie. Corineus chce, żebyśmy nadążali za czasem. Wiemy, w jakim kierunku zmierza czas. On przemija. Lecz w religii znajdujemy coś, co nie przemija. To, co Corineus nazywa mitem, pozostaje. To, co nazywa on nowoczesną i żywą myślą, przemija. (...) Mit przeżył idee wszystkich swoich obrońców i przeciwników. To mit daje życie".

Słabo mi… Ilość bełkotu w tej książce mnie dobija…

Ale za to wpadł mi właśnie do głowy super przepis na to jak stworzyć religię z potencjałem:

1 – przyjmij, że ludzie to banda debili, a jak wiadomo każdy debil lubi wierzyć, że jest mądry, a nawet jeśli domyśla się, że nie jest, to ma nadzieję, że jest pod jakimś względem wyjątkowy.
2 – przyjmij do wiadomości, że ludzie odczuwają naturalną potrzebę akceptacji i przebywania we wspólnocie.
3 – wymyśl coś, co bazując na punktach 1 i 2 zaspokoi ludzkie potrzeby; stwórz przejrzyste prawa, które zrozumie nawet małpa i które nawet małpa sama by sobie wymyśliła bez twojej pomocy.
4 – dodaj szczyptę rytuałów, magii itp. + oczywiście jakiś ciekawy mit, żeby można było fajne filmiki propagandowe z tego kręcić albo choć książkę napisać, bo wszyscy wiedzą, że takie formy przekazu dają co najmniej +50 do uwiarygodnienia każdej możliwej ściemy.
5 – ... profit!

Ale cóż to bracie? Martwisz się, że twoja religia się nie przyjmie, bo nawet głupi może mieć mądre dzieci i łańcuszek wiernych się zerwie?
Nie lękaj się więcej, gdyż dzieci wychowają przecież ci głupi rodzice, którzy już przesiąkli twoimi chorymi wizjami i przeleją je na swoje dzieci, które w pierwszych latach swojego życia chłoną wszelkie informacje jak gąbka. A nawet jeśli jacyś się wyłamią, to co z tego? Matrixa oglądałeś? Jeśli tak, to wiesz zapewne, że nawet jeśli na tysiąc ludzi obudzi się tych trzech czy pięciu to zaraz się ich spuszcza w kiblu i w to miejsce trafia ktoś nowy. Tak, że nie bój nic.

Tak jeszcze pro forma dodam, że jeśli obraża cię drogi czytelniku określenie głupi - to widocznie źle mnie zrozumiałeś. Smutna prawda jest taka, że każdy z nas jest pod jakimś względem głupi. Od wieków tak było i jeszcze przez wieki tak będzie.

Nemo mortalium omnibus horis sapit - Nikt ze śmiertelnych nie jest zawsze mądrym.
-Pliniusz Starszy-


Rozdział czwarty – „Religia a nauka”.

Krótki rozdział w formie dialogu. W sumie pięć stron, które chętnie bym nawet zacytował, gdyby mi już całkiem szajba odwaliła, ale chyba zwyczajnie go streszczę. Tak po swojemu. Gotowi? No to jedziem:

Kolega autora: Cudów nima bracie, wszystkim rządzi natura.

Autor: Ale to chyba już od wieków ludzie wiedzieli, nie?

K: No chyba właśnie nie, bo dali wiarę narodzeniu z dziewicy…

A: Ale weź rozkmiń stary, że Św. Józef kazał Maryi spieprzać jak się dowiedział, że zaciążyła, bo czuł w kościach, że się puściła na boku. Niby czemu tak zrobił?

K: Wszyscy by tak zrobili stary.

A: No dokładnie men, a to oznacza, że ludzie znali wtedy prawa natury i wiedzieli, że kobieta w ciąży = bliskie spotkanie piątego stopnia.

K: No tak, ale co z tego jak on w końcu i tak uwierzył w to, że była dziewicą, która urodziła syna. Frajer…

A: Nie no staaary, to właśnie chodzi o to, że on wiedział, że coś jest nie tyryry, ale i tak uwierzył, wiec wynika z tego, że znał prawa natury, ale także wiedział, że jest coś ponad tym wszystkim.

K: Ale zgodnie z nauką to jest bujda na resorach, ledwo jedzie i się kiwa…

A: Jaką nauką?

K: No nauką men, nie rób ze mnie idioty…

A: To weź rozkmiń, że nauka to by takiego czegoś nigdy ni mogła udowodnić - czujesz?

K: Ni chuja…

A: No stary, bo nauka to jest takie coś, co bada naturę. A Ty musisz uwierzyć men. Uwierzyć, że jest coś więcej… Pełna transcendencja i te klimaty.

K: Ale prawa natury to nie tylko luźne sugestie - to prawa do cholery!

A: Jakże to?

K: To weź powiedz, czy takie coś spoza natury o wielkiej mocy może zrobić tak, że 2+2=5

A: No nie za bardzo.

K: A to nie to samo co narodziny z dziewicy?

A: Nie stary, bo to tak jakbyś wsadził dziś do szuflady 5 zeta i jutro 5 zeta. Ile jutro wieczorem będziesz miał w szufladzie?

K: No dyszkę, pod warunkiem, że mi nikt kasy nie podpierdoli.

A: No i tak to działa. Prawa arytmetyki podadzą ci wynik, który powinieneś otrzymać pod warunkiem, że nie będzie ingerencji z zewnątrz. Tak samo bóg sobie stworzył prawa i może je sobie naginać jak mu się podoba. To taki cziter, który leci na kodach jak potrzebuje przejść poziom na szybko.

K: A nie wydaje ci się dziwne, że potężna istota, która była w stanie stworzyć wszechświat interesuje się garstką ssaków na gównianej planetce?

A: Nie.

K: Aha…

Tyle. Nie umiem pisać poważnie o tych farmazonach. Rozdział 4 możecie sobie spokojnie darować. Zero treści.


Rozdział piąty – „Prawa natury”.

Przykład: Kobieta wierzy, że jej syn przeżył bitwę, bo się za niego modliła.
Realista twierdzi, że koleś przyfarcił, bo gdyby wiatr wiał inaczej to kula urwała by mu łeb przy samej dupie i bitwy by nie przeżył.
Autor twierdzi, że (i tu uwaga, bo skisłem jak to przeczytałem) z jednej strony natura - spoczko, ale z drugiej zaś strony są uczestnicy bitwy - ludzie z wolną wolą (to nie mój dopisek, autor sam o tym pisze), na którą bóg mógł dowolnie wpływać(!!!) w taki sposób, żeby walczących tak obdzielić ranami, śmiercią i fartem, żeby przeżyli ci, którzy maja przeżyć (w domyśle przeżyć mieli pewnie ci, co mieli wystarczająco wielu wiernych fanów, którzy hurtowo wznosili modły - prawie jak z glosowaniem sms w programach typu Idol).

Ale chwila, autor idzie jeszcze dalej. No bo czyż nie jest tak, że sama obecność praw natury nie jest w stanie sprawić, by kula została wystrzelona? A zatem czy nie jest tak, że prawa natury tłumaczą wszystko poza przyczyną zdarzeń. A co może być tą przyczyną wszystkiego. Tym co pchnęło wszystko w ruch? Hmmm...??



Rozdział szósty – „Wielki cud”.

-Czy nie lepiej wywalić z chrześcijaństwa wszystkie te zbędne cudy?
-Nie!
-A bo czemu?
-A bo temu, że u podstawy chrześcijaństwa leży jeden wielki cud - że to, co przedwieczne i nieśmiertelne weszło w ludzką naturę, zstąpiło do świata, który stworzyło a potem znowu wzniosło się, zabierając naturę ze sobą. Jeśli by to wywalić to nie zostanie już nic fajnego w tej całej religii…
A reszta tego rozdziału, powiedzmy sobie szczerze, kwalifikuje autora do otrzymania jakiejś nagrody za wybitne osiągnięcie w dziedzinie lania wody.



Rozdział siódmy – „Człowiek czy królik?”

Pytanie przewodnie – „Czy nie można żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?”.
Ktoś pomyśli – nareszcie jakiś konkret. I zaczyna czytać. Pewnie licząc na jakąś treść, którą będzie mógł gdzieś zabłysnąć. Ale ja już czułem, że nie ma się co nastawiać na konkretną odpowiedź. I miałem rację. Autor dziarsko zaczyna stosować swoją pokrętną logikę i odwracać kota ogonem, a że głupi nie jest to robi to tak, żeby całość nie brzmiała zbyt bezsensownie. Ale do rzeczy.
Po pierwsze – i jest to coś, co od początku mnie wkurza – autor zdaje się być przekonany, że ze wszystkich religii, które kiedykolwiek istniały – chrześcijaństwo jest tą jedyną, prawdziwą i nieomylną.
Po drugie – CSL sugeruje, że:
-Niechrześcijanie są podobni do Stalina i mają gdzieś dobro jednostki, bardziej skupiają się na grupach społecznych,
-Nawet jeśli chrześcijanin i materialista zgadzają się w kwestii jakichś tam pomniejszych dupereli, to z grubsza rzecz ujmując przedstawiają oni dwa odmienne sposoby postrzegania świata, z których jeden (wiadomo który) jest niepoprawny i sprowadzi same nieszczęścia na innych ludzi.

Dalej tok rozumowania jest taki, że ktoś, kto pyta czy da się żyć uczciwie bez chrześcijaństwa - nie robi tego wcale w ramach dyskusji, a jedynie dlatego, że słyszał o tym całym chrześcijaństwie, trochę je poznał i czuje, że pewnie jest prawdą objawioną, ale mu się nie chce do kościółka popierdalać i szuka sobie usprawiedliwienia dla swojej niechęci poznawania jego dogmatów.

Następnie, co bardzo ciekawe, autor pisze, że miarą prawdziwego człowieka, dążącego do mądrości i poznania nie jest odwracanie głowy, lecz krzyknięcie „Sprawdzam!”, by odkryć czy za tym, o czym mówią chrześcijanie kryje się prawda, czy też nie.
I ten fragment bardzo mi się podoba, bo zdaje się krzyczeć – bądź ateistą, sprawdzaj fakty, dąż do prawdy, zadawaj pytania aż w końcu odkryjesz prawdę ostateczną.
Ale zaraz potem stoi napisane, że jedyną drogą do dobra jest chrześcijaństwo, które w pierwszej kolejności nauczy cię, że nie można być dobrym, opierając się jedynie na swoich wysiłkach moralnych, bo nawet gdybyś się bardzo starał, to i tak jest to bez znaczenia, ponieważ stworzony zostałeś do czegoś zupełnie innego. Tym czymś jest oczywiście życie wieczne, a bycie dobrym, nie mając jednocześnie w głowie myśli o nieskończoności, bogu, niebie itp. jest zdaniem autora tylko sztuką dla sztuki i stratą czasu w gruncie rzeczy.
A na deser cytat:
„Moralność jest niezbędna, ale Boże Życie, które samo się nam ofiaruje i które wzywa nas, abyśmy byli bogami, przeznacza dla nas coś, co wchłonie moralność”.


Rozdział ósmy – „Kłopoty z „Iksem…””

W skrócie – ludzie to chuje, ale bóg i tak nas wszystkich kocha. Zero treści.


Rozdział dziewiąty – „Co mamy począć z Jezusem Chrystusem?”

Trochę dywagacji na temat boskiej natury J.Ch. 
Przy okazji nieciągłość logiczna w argumentowaniu. Wcześniej autor spinał się na stwierdzenie, że dawniejsi ludzie mało się na wszystkim znali i dawał przykłady, że jednak mieli ogromną wiedzę. Z kolei w tym rozdziale pisze, że sposób, w jaki napisane są ewangelie świadczy o ich prawdziwości, bo mają cechy charakterystyczne utworów bliskich czasom obecnym. Co oczywiście znaczy, że dawniej ludzie nie mogli wpaść na coś takiego, because logic.


Rozdział dziesiąty – „Czy musi przeminąć nasz obraz Boga?”

Jest to rozdział, który ma ledwo trzy strony i jest dissem na J.A.T. Robinsona, (który był swego czasu biskupem Woolwich) a konkretniej na jego artykuł pt. „Our Image of God Must Go”. Ogólnie rzecz ujmując Robinson reprezentował poglądy z nurtu demitologizacji, czyli stwierdzał, że nie ma np. czegoś takiego jak góra i dół w astronomicznym modelu wszechświata, a w związku z tym określenia typu „Bóg w Niebie” czy „Bóg w górze” są bez sensu. C.S.L. z kolei odnosi się do jego zarzutów w paru zdaniach i to wszystko.


Rozdział jedenasty – „Kobiety-księża w Kościele”

Na początku tego rozdziału autor odnosi się do fragmentu „Dumy i uprzedzenia” J. Austen, ale to nieistotne. Istotne jest to, co mamy dalej, czyli jego poglądy odnośnie tego czy kobiety powinny przyjmować święcenia kapłańskie, czy nie.
No nie zgadniecie jakie jest jego stanowisko… Nie macie szans. To nie do przewidzenia…
Dobra, dość tych żartów.
C.S.L. z akapitu na akapit zagłębia się w temat i pisze m.in. o Maryi oraz kobietach kaznodziejach (że były fajne, że mądre, że spoko babki itp., ale kapłankami to one nie były i tak ma zostać, bo tak Bóg chciał i już).
Dalej pisze on, że najistotniejszą działką w robocie kapłana jest to, że po pierwsze - zwraca się on do Boga w naszym imieniu, a po drugie – zwraca się do nas w imieniu Boga. Zdaniem Lewisa ta druga czynność kobiecie za cholerę nie przystoi. 
Czemu?
Bo babka nie może reprezentować Boga.
A czemu?
Bo pokrętna logika, bo argumenty z dupy, a w ogóle to Bóg jest facetem i chuj.
Serio. Autor pisze, że czcimy Boga Ojca (a nie matkę), Syna Bożego (a nie córkę) itp., i mimo, że Bóg istotą biologiczną nie jest, to sam nas nauczył jak się do niego zwracać. Zatem gdyby to kwestionować, to tak jakby kwestionować istnienie samego Boga (tak z grubsza).
W sumie to dalej nie wiemy co to ma do kobiet kapłanek, ale spoko, zaraz się pewnie dowiemy…
A nie, jednak nie. Nie dowiemy się. Nie dla psa kiełbasa.
Jedyne co będzie nam dane jeszcze wyczytać to to, że w równość płci to się możemy bawić gdzie chcemy, ale nie w Kościele. Od Kościoła wara. 
Poza tym autor pisze o tym, że „Kościół jest zwiastunem objawienia”, że to wszystko tajemnice mistyczne są, że związek kobiety i mężczyzny wyraża jedność między Jezusem a Kościołem itp.
A dalej to już totalny bełkot nie do ogarnięcia.
„Trzeba, żeby było w tym coś nieprzejrzystego dla naszego rozumu, a mimo to niesprzecznego z nim – tak jak nieprzejrzyste są sprawy płci i zmysłów na płaszczyźnie naturalnej. Kościół może pozostać Kościołem tylko pod warunkiem, że zachowa ten nieprzejrzysty element”.

Ja nie wiem co ten człowiek ćpał, ale na pewno mu szkodziło.

Gdy się to wszystko przeczyta ze trzy razy to jasnym jest, że cały ten szum informacyjny, w którym zanurzony jest ten rozdział, ma na celu zakamuflować fakt, że jedyny argument autora brzmi - Boga Ojca może reprezentować tylko facet, bo inaczej się nie godzi.
Taki to z niego wesoły koleżka.


Rozdział dwunasty – „Bóg na ławie oskarżonych”

7 stron o trudach tłumaczenia ludziom, że są debilami, bo wątpią w istnienie boga.


Rozdział trzynasty – „Nie mamy żadnego „prawa do szczęścia””

Zbiór dywagacji na temat prawa do szczęścia i tego, że stwierdzenie to jest bez sensu. Ponadto odniesienia do ogólnej definicji prawa, do filozofii, do prawa naturalnego i takie tam biadolenie.
Czytało się to trochę jak monolog, w którym ktoś tłumaczy słaby dowcip totalnie zjaranemu kumplowi.

I to tyle. Koniec. 
Nie ma już nic i bardzo mnie to cieszy, bo większa ilość tych głupot by mnie zabiła.


Mimo wszystko mam wrażenie, że warto te farmazony przeczytać, bo dobrze jest poznawać poglądy innych, choćby po to, żeby lepiej zdefiniować i ugruntować swoje własne.

 ---
Na koniec (tak w ramach ciekawostki) powiem tylko, że nawet bym chciał, żeby kochający i dobrotliwy Bóg gdzieś tam istniał i przyglądał mi się zza chmurki jak taki mały zboczuszek, ewentualnie tak jak Morfeusz przyglądał się Neo w Matrixie. 
Żeby wierzył we mnie i moje plany, a wszechświat układał tak, żebym ja i wszyscy inni ludzie mogli pokazać swoimi czynami, że stworzeni zostaliśmy na wzór kogoś wyjątkowego w swej mądrości i dobroduszności.
Tylko, że zawsze świta mi w głowie pytanie - czy to, że kogoś takiego nie ma, a po śmierci zamienimy się w pył i nie spotkamy już nigdy więcej swoich bliskich, faktycznie ma oznaczać, że nasze życie jest bezwartościowe i że możemy spokojnie zarzucić myśl o czynieniu tego, co napisałem kilka linijek wyżej i rozpętać piekło na Ziemi, skoro żadne inne nie istnieje?