05.03.2015

Resocjalka gimbazy

Tak sobie ostatnio słucham/czytam o tej całej patologii, która ma miejsce w szkołach w ostatnich latach i nachodzą mnie wnioski, że najlepsze środowisko wychowawcze jest w więzieniu... 


Mam w bliskiej rodzinie kilku młodziaków, którzy są na etapie podstawówki i gimnazjum. W zeszłym roku obskoczyłem nawet dwie wywiadówki w ramach zastępstwa.
Nie wiem oczywiście jak sprawa wygląda we wszystkich szkołach/klasach i czy na wsiach jest lepiej/gorzej. Coś tam jednak wiem, i choć zabrzmię jak stary dziadek, to i tak muszę stwierdzić, że za moich czasów aż takich jazd nie było (w moim otoczeniu oczywiście). 
OK, byłem pierwszym rocznikiem gimnazjum ('86) i trochę już czasu od tamtej pory minęło. Świat miał prawo zmienić się na gorsze.
OK, było kilka grubszych akcji, które teraz pewnie trafiłyby do Uwagi. 
No dobra, nie trafiłyby, ale i tak mam co wspominać. 
Ogólnie rzecz biorąc wszyscy wiedzą, że gówniarzeria musi się przetaplać w lekkiej patologii. Jedni tylko ciut, inni idą w full-service, ale raczej nie da się tego zupełnie przeskoczyć. W końcu człowiek w stadzie żyje i ze stadem zwykle trzyma. 
Ale ja nie o tym. 
Mnie chodzi bardziej o to, że jeszcze do niedawna dzieci trochę bardziej trzymały się w ryzach, a nauczycielka nie była oficjalnie "tą szmatą" co się ciągle przypierdala, bo dawno chłopa nie miała. Jakieś minimum szacunku jednak było, jakiś minimalny respekt, który dawał się wyczuć, mimo tej całej nawałnicy hormonów w oparach feromonów, przyprawionej szczyptą bezgranicznego spierdolenia umysłowego u jakiegoś 1% uczniów. 
Obecnie jest tego respektu coraz mniej.
Odnoszę wrażenie, że przez ten cały pęd do lepszego życia, brak kasy, brak czasu na bycie z rodziną, wszystkie niepowodzenia życiowe rodziców, zawiedzione nadzieje, frustracje, rozwody i całą resztę, wiele dzieci przekracza pierwszy próg życiowego okrucieństwa, który przejawia się brakiem czegoś bardzo istotnego w ich życiu.
Ktoś powie, że brak miłości/wartościowego autorytetu lepszy od braku jedzenia. 
Też prawda, ale nie znikają przez to w magiczny sposób przeróżne konsekwencje poczucia samotności u dziecka (choć psychologiem nie jestem, więc teoretycznie gówno się znam). 
Mam też wrażenie, że prowadzą one do kolejnego etapu, którym jest totalne zagubienie, co w połączeniu z brakiem odpowiednich wzorców o dużej sile przebicia (albo kiepskimi wzorcami, np.: trochę w życiu mi nie wyszło, świat jest brutalny, siadaj synu koło mnie to ci powiem jak używać łokci, żeby sprawnie iść przez życie) daje w efekcie całą paletę trudności wychowawczych. 

Jedno dziecko weźmie sobie do serca wskazówki rodziców o tym jak iść przez życie z zaciśniętymi pięściami i niewyparzonym ryjem, drugie zamknie się na świat realny, bo się go wystraszy i ucieknie do świata gier, a jeszcze inne za autorytet będzie brało pierwszy lepszy wzorzec o odpowiedniej sile nośnej, np. jakiegoś guru z youtube'a, blogerkę modową, albo po staremu - szefa jakiejś lokalnej/klasowej/szkolnej grupki trzymającej władzę, który będzie powtarzał jak mantrę, że liczy się siła i bezczelność. 
W przypadku dziewczyn jest to często jakaś "tempa dzida" z toną gładzi szpachlowej na ryju, ubrana jak kurwa spod latarni, która zwykle prowadza się z lokalnym samcem alpha.
A właśnie, samce alpha. To bardzo wdzięczny temat, bo typy są przeróżne. Może być to typowy kox-playboy - coś w stylu Trybsona. Może być kox-"fan czegośtam" (siłki/motoryzacji/lekkiej  gangsterki itp.). To taki w miarę stabilny emocjonalnie paker, który wie jak +/- korzystać z mózgu. Średnio agresywny. Może być też śmieszek klasowy, dawniej zwany prowodyrem, którego wszyscy lubią. Taki trochę klasowy showman, dusza i serce w jednym, ale dobrze zbudowany, bo alpha nie może być pizdeczką. Oczywiście jest też crème de la crème szkolnej patologii, czyli agresywno-wulagrny, cierpiący na zjebanie mózgowe suchoklates, który walczy z wrogami prawdziwej, białej, heteroseksualnej polskości, zazwyczaj jest JP na 100%, no chyba, że mama nie pozwoli (przy czym pamiętajmy, że rodzice tych osobników to rzadko jest elita intelektualna, nawet jeśli mają hajsy). Znak rozpoznawczy to czapka z daszkiem, która zdaje się krzyczeć: wpierdolić ci lamusie?!, oraz  - standardowo - kołczan prawilności. No i motto "jebać konfidentów" w serduszku, bo to bardzo ważne. 
Ale odbiegam od tematu.
Rodzice, jak to często bywa, widzą problem wszędzie, byle nie na swoim podwórku, więc zwykle winią nauczycieli za to, że nie radzą sobie z ich wyjątkową i bardzo wrażliwą pociechą. No bo jak to? Przecież to takie grzeczne i zdolne dziecko. A wyrażania siebie i walki o swoje nie może mu pan/pani zabronić.
W rezultacie coraz więcej i więcej młodych ludzi ma się za panów życia, bogów hedonizmu i namiestników skrajnej prywaty, czyli uosobienia wartości, które coraz częściej zaszczepiają w nich rodzice i niestety otoczenie także, a robią to z myślą, że wyjdzie im to na zdrowie. 
Nie twierdzę, że odrobina samouwielbienia jest zła. Pewność siebie też jest spoko. Dbanie o własny biznes - jak najbardziej ok. 
Problem z tego typu podejściem jest taki, że wielu ludzi przeżywa szok, gdy w realu, poza szkołą, w której można napluć na nauczycielkę i odejść, trafia na większego kozaka od siebie. A nie ważne czy będziesz kiedyś złodziejem, politykiem (synonimy), lekarzem, kucharzem, czy skrzypkiem - prędzej czy później trafisz na kogoś, kto chętnie pokaże ci który fragment dupy piecze najbardziej jak się go odpowiednio potraktuje. I wtedy jest płacz.

Trafiłem ostatnio na artukuł, który przedstawiał wypowiedzi byłych więźniów, traktujące o tym czego się nauczyli podczas odsiadki. Najciekawsze były wypowiedzi typu: 
-nauczyłem się szacunku (co przychodzi łatwo, gdy śpi się w celi 3 metry od płatnego mordercy),
-nauczyłem się trzymać gębę na kłódkę, albo 
-nauczyłem się, żeby nie sięgać ręką po coś ze stołu zaraz nad czyimś talerzem. 
Niby nic, a jednak.

Oczywiście znowu się rozpisałem, a jedyne co chciałem przekazać to to, że moim zdaniem niektórzy rodzice i część społeczeństwa robią krzywdę dzieciom, bo jeśli taki młodziak uwierzy, że jest nieomylną i niezwykle wartościową jednostką, a reszta to hołota, to może się to kiedyś źle dla niego skończyć. 
Takie nastawienie może być tak samo szkodliwe jak budowanie w dziecku przeświadczenia, że świat to piekło, i że marzenia są bez wartości, bo i tak się nigdy nie spełnią.
Trzeba znać umiar i mieć wyczucie wychowawcze, które niestety zdobywa się z czasem i w pocie czoła, co ma wiadome konsekwencje.
Jak to mówią - dzieci są jak naleśniki - pierwszy zawsze idzie na zmarnowanie...