12.01.2015

Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach...

...zwykle zdaniem kobiet, które o mężczyznach nie wiedzą niczego, czyli jak zarobić, a się nie narobić.



Tytuł: Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach
Autor: Alan Francis
Tytuł oryginału: Everything Men Know About Women
Wydawnictwo: Magic 4 M
Stron: ponad k#@%a 100


Mówiąc szczerze i bez zbędnego pieprzenia - tego typu badziew, który z pozoru ma być niewinną zabawą i prostym sposobem na zarobek, jest przypadkowo przykładem tego, co niemiłosiernie wkurwia mnie w wielu książkach i ich recenzjach.

Co do książek - chodzi o marnowanie papieru i świadome promowanie szajsu rodem ze stoiska typu "śmiszne duperele" w Tesco czy innym M1 (bo wiele książek w tych czasach trzyma właśnie taki poziom).
Co do recenzji zaś, to warto podpytać wujka Google co ludzie piszą o tej pozycji. 
piszą przykładowo, że to lektura obowiązkowa, bogata w przemyślenia, pełna wnikliwych analiz i temu podobne farmazony. Wiadomo - niech będzie wesoło.
Zakładam, że łapiecie ogólny obraz.

Oczywiście wiem, że każdy powie mi, że spinam się bez potrzeby i gadam jak stary pierdziel, co na wojnie był, świata zwiedził, ale zatrzymał się w poprzedniej epoce i gówno się zna na wyrafinowanych żartach. Rozumiem. Macie prawo. Widocznie jestem za głupi i nie chwytam wyrafinowanego szpasu zaserwowanego przez autora.

W moim mniemaniu mamy tu natomiast doskonały przykład wzorca, według którego powstają recenzje wielu książek. Głównie tych słabych. Chodzi mi o takie typowe recenzje fandomowe, które skupiają się tylko na pozytywach, opiewają każdy najdrobniejszy detal, mocno przeceniając jego wartość, no i oczywiście nie wolno zapomnieć, że najczęstsza ocena to 10/10.

Nie wiem jak innych, ale mnie swego czasu zdziwiło to, że po zaglądnięciu na goodreads, filmweb, czy choćby lubimyczytać można trafić na pozycje, które mają bardzo wysoką ocenę, często większą od dzieł dobrze znanych i często kultowych, a już na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie tak udanych jak dialogi w filmach porno.
A dziwić nie ma się czemu, bo jest wiele pozycji, które kojarzą głównie wierni fani i to oni windują ogólną ocenę. Przy okazji nie szczędzą opinii, z których nic nie wynika. No może poza nakreśleniem skrzywień grupy docelowej.
Jest to coś, co od dawna mnie irytowało (i dlatego musiałem się wygadać), ale żyjemy w wolnym kraju (podobno) i każdemu wolno pisać o książkach i całej reszcie wedle uznania. Mniejsza.

Wracając zaś do omawianej książki, to jej opis (oczywiście ku uciesze ogólnej) mówi nam:
"Znany, amerykański psycholog Alan Lowell Francis opierając się na wieloletnich badaniach i sondażach przeprowadzonych wśród tysięcy mężczyzn stara się odpowiedzieć na pytanie, co wiedzą oni o: przyjaźni z kobietami, budowaniu intymnej więzi, zaspokajaniu seksualnych potrzeb partnerki, emocjonalnym zaangażowaniu, pielęgnowaniu uczuć.
W swojej pracy szczerze i wnikliwie przedstawia stan wiedzy mężczyzn o najbardziej skomplikowanej ze wszystkich istot - kobiecie."

Przezabawne, nie powiem, że nie... Ale trochę szkoda mi marnowania papieru i nerwów takich dupków jak ja tylko po to, żeby udowodnić:
-nic,
-nikomu,
-nigdzie.

Przewidując z kolei komentarze typu:
-No ale o co cię dupa zwiera, przecież masa papieru jest marnowana każdego dnia, każdy ma coś na sumieniu w tej kwestii, a Ziemia nadal się jakoś kręci. Co ci ta książka wadzi?
Oczywiście. W pełni się zgadzam. W zasadzie to jeśli tylko chcesz, to możesz kupić ryzę papieru i wywalić ją za okno a tyłek podcierać banknotami NBP, ale na nogi Oscara Pistoriusa - czy to jest rozsądne?
Nie twierdzę, że to zbrodnia, twierdzę, że to kretynizm.

Natomiast rozbawiła mnie jedna z opinii na temat tego dzieła, znaleziona na lubimyczytać.pl:
"Nikt jeszcze tak trafnie nie napisał książki na temat kobiet".
Eh...
No trudno się nie zgodzić. Nie od dziś wiadomo, że wiele kobiet (//chodzi pewnie o te niedojrzałe, stuknięte i niestabilne jak trzeci poziom snu w Incepcji) ma mentalność emo-gimnazjalisty, który wszystkim wmawia, że jest mega-turbo-skomplikowany i sophisticated, a jego dusza i problemy emocjonalne są tak wyrafinowane, że aż niepojęte dla plebsu, który go otacza...  /sarcasm mode off.
Nie dajmy się zwariować.
A tak BTW to tylko czekam aż powstanie kolejna tego typu perełka, zatytułowana np.:
"Wszystko to, co powinnaś wybaczyć swojemu ex" - oczywiście pusta w środku. :)

Na zakończenie tej głupiej pisaniny mam wielką ochotę sparafrazować NRGeeka i chyba to zrobię.
»Mam nadzieję, że autor tego cholerstwa będzie po wsze czasy zapierdalał na galerze, a dla rozrywki będzie miał tylko tę książkę.
Rzekłem.

0/10

Streszczać oczywiście nie ma czego, bo ta książka to wersja posh papieru toaletowego dla pseudo-feministek.